Zorki 6 – Zrobił Pragi Północ zdjęć 36 – Recenzja Zorki 6

Wróciłem! Przez miesiąc nie pisałem, ale sporo się u mnie działo. Ale nic się nie stało, bowiem na samym początku istnienia tego bloga i tak w zasadzie piszemy te posty niczym „do szuflady”. Ale kto wie? Może kiedyś to wszystko urośnie i staniemy się mega sławni? W sumie… nie wiem, czy na pewno tego chcę. Hobby to hobby. Nie musi odnosić sukcesu. Ważne, by głowa była lżejsza. Fotografia to moje prywatne lekarstwo na wypalenie od technologii. Zmusza do ruszenia żopy i zwiedzania. No, ale koniec dygresji. Chciałbym wam opowiedzieć historię pewnej wyprawy, gdzie czterech się zebrało i pojechało do Warszawy… (Choć niektórzy mieszkają w Warszawie to nie musieli jechać)

I dnia 13 Kwietnia 2024 poszedłem sobie z zestawem obecnych tutaj redaktorzyn na Pragie. Tę prawdziwą – Pragę Północ. Przez wielu uznawane niesłusznie za straszną i niebezpieczną dzielnicę? Czy tak było? Po mojej pierwszej wizycie stwierdzam, że wcale źle nie było. Było wręcz bardzo swojsko i komfortowo. Pomagał nam zrozumieć klimat też fakt, iż mieliśmy ze sobą rodowitego mieszkańca Pragi – Sandacza. Wytłumaczył nam parę podstawowych zasad, które w zasadzie są bardzo sensowne:

  • Nie czajnikuj się – Ludzie mogą pomyśleć, żeś szpieg lub inny złodziejaszek.
  • Nie właź na cudze posesje – To nie zoo, Tobie też nie włażą na podwórko losowi ludzie, nie?
  • Nie bądź głośnym burakiem – Zachowuj się, bądź uprzejmy, nie wkurzaj ludzi.
  • Nie szukaj kłopotów na siłę – Jeżeli igrasz z ogniem, możesz się poparzyć.

Jest to całkiem normalny zestaw zasad. Taki w sumie… pasujący do całej Warszawy. Co pokazuje, że Praga Północ to obecnie zwykła, choć dość klimatyczna i historyczna dzielnica Warszawy. W każdej dzielnicy możesz dostać w papę jak jesteś nieostrożny, głośny, niemiły lub włazisz tam, gdzie nie trzeba. Nie ważne, czy Wola, czy Praga, czy Śródmieście – późną nocą zawsze jest niebezpiecznie, niezależnie od dzielnicy.

Podczas podróży pojawiła się jednak śmieszna sytuacja – zgubiliśmy Makao. Miał do nas dojechać, jednak na dworcu Wileńskim pojechał nie tym tramwajem co trzeba. Pół godzinki go szukaliśmy, ale całe szczęście się udało. To jest kolejne potwierdzenie, że Praga nie jest tak straszna. Nikt nas nie napadł, nie spotkaliśmy po drodze żadnych „Praskich Kiziorów” i w zasadzie – było dość spokojnie i otaczał nas całkiem luźny klimat. Taki wręcz niewarszawski.

Praga ma ogromny potencjał na robienie zdjęć imitujących czasy PRLu. Niskiej jakości film (Orwo NC500, Phoenix 200 czy Colorplus 200) a najlepiej czarnobiały film Fomy (najlepiej wygląda Fomapan 400 w Rodinalu). Personalnie uwielbiam tworzyć zdjęcia w tym stylu. Choć nigdy nie żyłem w czasach PRL, to uwielbiam klimat filmów, zdjęć czy muzyki z tamtego okresu. Polski Post Punk z lat 80tych to jest jeden z moich ulubionych gatunków muzycznych. Moje zdjęcia Warszawy też mógłbym bezproblemowo nazwać „w stylu Post-Punk”. Tworzenie sennych pocztówek, które prezentują fałszywe wspomnienia z lat, w których nie żyłem – to moje ulubione hobby w fotografii. Zrobię kiedyś o tym wpis.

Nieprofesjonalna recenzja Zorki 6

Czy jest sens recenzować aparat z 1961? Jak najbardziej, aczkolwiek w sposób inny niż nowoczesne aparaty. Stary radziecki aparat we współczesnych rankingach praktycznie nie ma szans w żadnej kategorii. Do takich aparatów potrzebne jest inne podejście. Zastanówmy się – po co nam taki aparat? Radziecka kopia aparatu Leica II. Czy to ma sens? Cóż… Gdyby nie ceny innych innych dalmierzy niż radzieckie – to by totalnie nie miało sensu. A tak, to jesteśmy w stanie za dość niską cenę znaleźć całkiem dobry egzemplarz. Często nawet po serwisie – jak ten, co tutaj zdobyłem. Do Zorki 6 podłączyłem obiektyw Jupiter 8 o ogniskowej 50mm i maksymalnej przysłonie f/2.0. Dostałem go w spadku po ojcu, gdy pozbywał się wszystkich aparatów analogowych. Obiektyw tak samo jak aparat – był z 1961 roku.

Sam Zorki 6 bardzo w konstrukcji przypomina aparat Fed 2. W zasadzie wygląda tak, jakby Zorki 5 i 6 były jakby tym samym aparatem, ale z dodaną wajchą naciągu oraz niezależnym od migawki pokrętłem czasów. Tak jak każdy dalmierz radziecki – wymaga on kalibracji przed użyciem. Radziecka kontrola jakości była dość specyficzna i warto na własną rękę poprawić fabrykę. Zwykle kalibracja obejmuje ustawienie ostrości na nieskończoność oraz na 1m. Polecam dość dobry artykuł o tym, jak to wykonać.

Jak widać, niestety dalmierze – szczególnie te radzieckie – posiadają dużo wyższy próg wejścia niż lustrzanki. Dlaczego właściwie ten aparat jest dobry? Po co wybierać taki aparat? Otóż – jest on mały i bardzo cichy. Dalmierze zostały u podstaw stworzone, by były małe i przenośne. Brak lustra powoduje fakt, że słychać jedynie świst materiałowej migawki. Zorki 6 nie zawiera również czasów długich i niczym w Zenicie – mamy do dyspozycji tylko 5 czasów: 1/30, 1/60, 1/125, 1/250, 1/500. Dodatkowy czas to B oraz ukryty czas 3 sekundy, gdy ustawimy samowyzwalacz i czas B. W zasadzie – po dołożeniu lustra do Zorki 6, powstał Zenit 3M. Tak też w gruncie rzeczy – każdy zenit to tak na serio Leica II, ale lustrzanka. Zabawne.

W czym jednak cała magia dalmierzy się kryje? W ostrzeniu. W porównaniu do innych starych aparatów bez lustra – dalmierze posiadają specjalny system ostrzenia. Powoduje to, że po poprawnej kalibracji, ostrzenie jest ekstremalnie szybkie i mega celne. Do ostrzenia wykorzystywana jest plamka na naszym wizjerze, która zwykle jest lekko rozjechana. Niczym kliny w lustrzankach manualnych – konieczne jest złączenie rozjechanego obrazu w jedno i bam! Mamy ostre zdjęcie. Cyk i już. Patrzenie poprzez wizjer dalmierza nie reprezentuje jednak tego, co widzi obiektyw – jeżeli strzelamy zdjęcie obiektowi z bliska, trzeba niestety wprowadzić lekką „korekcję paralaksy” poprzez wykadrowanie zdjęcia tak, by fotografowany obiekt był bliżej prawego dolnego rogu (zakładając, ze chcecie mieć obiekt w centrum).

Dalmierze mają swoje wady i zalety. Są zwykle małe i poręczne. Ich konstrukcja jest prosta i zwykle się całość samo z siebie się nie psuje. Jeżeli jednak się popsuje – naprawa jest możliwa. Kalibracja całości wymaga kombinerek i jednego śrubokręta. Podczas robienia zdjęć, nie ma „Mirror Laga” – opóźnienia wynikającego z konieczności podniesienia lustra przed klapnięciem migawki. Dodatkowo wizjer nie robi się ciemny podczas robienia zdjęć i nie mamy wrażenia „izolacji” od zewnętrznego świata. Nasza główka pracuje, więcej opieramy się na wyobraźni, a nasze drugie oko jest w stanie obserować świat poza wizjerem… No chyba, że jesteś lewooczny tak, jak ja.

Wad dalmierzy jest dość dużo. Obiektywy typu Zoom praktycznie nie istnieją (prócz dziwactw typu obiektyw, który posiada jedynie dwie przysłony). Wizjer w większości dalmierzy ma tylko jedną ogniskową, co powoduje konieczność stosowania zewnętrznego wizjera (patrz wyżej na zdjęcie Zorki 6 z Jupiterem 8). Teleobiektywy często nie mają sensu na takich aparatach, bo paralaksa może być zbyt ogromna. Nie bez powodu dalmierze zostały zastąpione przez lustrzanki. Jednakże jeżeli będziemy taki aparat traktować jako bardzo precyzyjny kompakt – spełni swoje zadanie idealnie. W zasadzie w latach 20stych do takich zastosowań powstała pierwsza Leica. W świecie gigantycznych wielkoformatowych potworów oraz nadal dość dużych średnioformatowych aparatów mieszkowych – powstała mieszcząca się w kieszeni Leica I ze składanym obiektywem. Był to jeden z pierwszych aparatów na znany nam film 35mm (pierwszym był aparat Tourist Multiple). Taka wartość historyczna aparatu typu dalmierzowego jest jego dodatkową zaletą. Kupujemy takie aparaty dla feelingu i poczucia lekkości, bez ogromnych ograniczeń, które nakładają na nas kompakty.

Wartość historyczna to jest broń obosieczna. Spowodowało to, że aparat Leica – niezależnie od wersji – jest paskudnie drogi. Często osiągając cenę na poziomie 20 tysięcy złotych. To jest… lekko za dużo. Są tańsze aparaty Leica, ale wymagają bardzo drogiego serwisu. Japońskie kopie Leiki często też drożeją. Co prawda, nie kosztują tyle, co Toyota Yaris, ale pół tysiąca trzeba wywalić na taki sprzęt. Radzieckie dalmierze często są jedynym tanim rozwiązaniem w takim przypadku. I tu wkracza Zorki 6. Nie jest szczególnie wytrzymały – nieprzesmarowany mechanizm potrafi się zaciąć a migawka zerwać. Dodatkowo ma mało funkcji np. ww. 5 czasów naświetlania. Prostota jednak powoduje, że ten aparat jest dużo bardziej wytrzymały niż inne, bardziej skomplikowane aparaty radzieckie – np. Zorki 4/Fed 5 (ma wolne czasy, które bardzo często psują mechanizm aparatu) lub Kiev (bardzo skomplikowana konstrukcja i wszystko może pójść nie tak). Wajcha przewijania filmu wymaga zjedzenia porządnej owsiany, bo jest dość ciężka. Klapka od komory filmu lubi się w etui otwierać. Albo zaklejasz taśmą klapkę niczym Holgę, albo nie nosisz aparatu w etui. Ale przynajmniej nie ma największej wady większości radzieckich dalmierzy – można zmieniać czas przed naciągnięciem migawki! Wow!

Podsumowując wady i zalety tego aparatu:
Zalety:
+ Mały;
+ Cichy;
+ Metalowy (Gniotsa nie łamiotsa);
+ Prosta konstrukcja;
+ Bardzo klimatyczny (zapach etui jest wspaniały);
+ Jeżeli traktujemy jako kompakt – znakomity i dokładny.

Wady:

Nie jest Leiką;
Toporna wajcha naciągu filmu;
Nigdy nie jest w 100% sprawny i w 100% popsuty;
Brak światłomierza i w zasadzie JAKIEJKOLWIEK pomocy w robieniu zdjęć, co powoduje wysoki próg wejścia – nie polecam aparatu dla początkujących;
Łatwo przypadkiem otworzyć klapkę;
Stary aparat po zakupie często wymaga przesmarowania i serwisu;
Dla niektórych fakt, iż jest radziecki, może powodować niesmak i preferencję Japońskiego lub Niemieckiego sprzętu.
Łatwo przecieka światło przez klapkę

Zorki 6, zrobiłem zdjęć 36. Parafrazując słynny cytat z filmu „Rejs”. Ogólnie polecam ten aparat – w szczególności na wyjazdy do miasta i robienia „strit foto”. Wygląd aparatu jest fantastyczny. Ludzie nie będą nas przeganiać z miotłą, a będą wręcz zainteresowani „a co to za fajne cosik?”. Potrafi nas też bardzo dużo nauczyć liczenia w głowie czasu, refleksu i wyobraźni – powoduje, że w biegu jesteśmy w stanie wymyślić sobie czas, przysłonę, obliczyć paralaksę i jeszcze udawać, że „wcale nie strzelam Panu zdjęcia, proszę Pana”. Dodatkowe zalety to stare obiektywy, które często są magiczne – np. Jupiter 8, którego jestem więźniem. Większość z nich daje „senny” obrazek, którego uwielbiam. Ale traktujmy to jako ciekawostkę – jako bardziej świadomą „Lomografię”. Dostosowaną do współczesnych czasów, gdzie film jest drogi i nie można strzelać na „chybił trafł” zdjęć.

Inne podobne aparaty, które mogę polecić:
– Fed 5C – Ostatni dalmierz „radziecki”. W cudzysłowie, bo jest on Made in Ukraine. Dość duży, ale niezawodny, ma dobry wizjer i jest wygodny w użyciu
– Fed 2 – Dalmierz, który wygląda niczym pierwowzór Zorki 6. Mały, ładny i poręczny. Też Made in Ukraine.
– Zorki 2C – Poprzednik Zorki 5 i 6. Bardzo podobny aparat, ma podobne zalety, lecz nie ma dźwigni naciągu filmu, ma oddzielnie dalmierz oraz wizjer i jest ładowany od dołu.
– Zorki 1 / Fed 1 – Kopia Leiki II. Klasyczny wygląd i najmniejszy rozmiar.

Napisał: Pito


Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *